W mikołajki, na stronie glam-shop.pl, pojawiła się nowa kolekcja Glamshopu, we współpracy z Agnieszką Janoszką. Specjalnie nie użyłam tu słowa „premiera”, ponieważ ono kojarzy nam się zwykle z czymś podniosłym, ważnym. Tymczasem, autorka kolekcji postanowiła uraczyć swoich obserwatorów… milczeniem.

Dopiero kilkanaście minut po tym, jak kosmetyki były już dostępne w sprzedaży, Agnieszka umieściła tę informację na swoim instagramowym profilu. Poinformowała także zaciekawionych fanów, że nie wyrobiła się z filmem, zatem ten ukaże się dnia następnego o godzinie 9 rano (i tu kolejny fail, zaliczony przez kilkugodzinne (!) opóźnienie publikacji). W międzyczasie, Hania, czyli właścicielka Glamshopu, na swoim instastory zrobiła makijaż z użyciem kosmetyków z najnowszej kolekcji, a sama autorka pokazała kilka swatchy… Brzmi totalnie absurdalnie, jednak porównując to z premierami wszelkich poprzednich współprac Glamshopu, widzowie poczuli się kompletnie olani przez główną zainteresowaną (i nie pomogło ratowanie sytuacji przez Hanię, której w moim odczuciu należą się czapki z głów). I oczywiście – wszyscy jesteśmy ludźmi, zdarzają nam się różne sytuacje, wypadki losowe, na które nie mamy wpływu. Jednak ciężko jest mi uwierzyć, że przez kilka miesięcy pracy nad tworzeniem kosmetyków, nie znalazło się czasu, aby nagrać film z prezentacją kolekcji. Wystarczy pewnych rzeczy nie zostawiać na ostatnią chwilę.

Nie zamierzam tu oceniać filmów, które pojawiły się na kanale DiM, dotyczących jej najnowszej kolekcji. Niestety, po tym fiasku, przypominają one bardziej tłumaczenie się i próbę naprawienia sytuacji. Nic dziwnego. Zwłaszcza, że nie wszystkie produkty z najnowszej kolekcji obroniły się swoją jakością. Chcecie poznać więcej szczegółów? W takim razie zaopatrzcie się w mocne nerwy (nie będzie to najbardziej pozytywna recenzja) i zapraszam do artykułu!

Szminka Tokyo i konturówka

Zacznę od końca, czyli od produktów do ust. Ja zdecydowałam się nie kupować całego zestawu do ust, ponieważ już na pierwszy rzut oka widziałam, że nie będą to moje odcienie. Zamówiłam zatem konturówkę oraz szminkę w odcieniu Tokyo. Konturówka zamknięta jest w opakowaniu takim samym, jak choćby Idealna, czyli konturówka ze stałej kolekcji Glamshopu. Produkt jest wykręcany, praktyczny. Prawdziwą furorę robi jednak opakowanie szminki, które ma nadrukowaną tę samą grafikę, która zdobi okładkę Kwitnącej Wiśni. Jest naprawdę prześliczne i w mojej ocenie solidne!

Formuła obydwu produktów również jest bardzo przyjemna. Konturówka zastyga na mat, jednak w żaden sposób nie podrażnia ani nie wysusza ust. Szminka natomiast ma wykończenie satynowo – błyszczące. Jest bardzo delikatnie napigmentowana, przez co parę razy należy obrysować nią usta, aby uzyskać właściwy odcień. Muszę jednak podkreślić, że kolor nabudowuje się bez żadnego problemu.

Zarówno opakowania, jak i formuła produktów do ust są w moim odczuciu naprawdę fajne jakościowo. Coś, co mi nie przypadło do gustu i pewnie nie spodoba się też wielu z Was, o tych cieplejszych typach urody, to odcienie tych produktów. Konturówka jest w kolorze intensywnego, cukierkowego różu. Nie wierzę, że może być to naturalny odcień czyichkolwiek ust. Po prostu ten róż jest zbyt mocny i ciemy, żeby mógł wyglądać naturalnie. Szminka Tokyo, nałożona jedną warstwą, jest prawie niewidoczna. Natomiast po dołożeniu, znowu wygląda na mnie jak cukierkowy róż, w którym ja nie czuję się dobrze. I nie zrozumcie mnie źle – ja po prostu nie noszę różowych szminek, nie wyglądam dobrze w takich odcieniach. Zdecydowanie bardziej wolę siebie w kolorach nude – w czymś lekko przełamanym brązem, czy brzoskwinią. Zatem, jeśli te odcienie podobają się Wam, lubicie siebie w mocnych różach na ustach – myślę, że warto zainteresować się tymi produktami :).

Paleta do konturowania Naturalny kontur

Produkt, który z całej tej kolekcji rozumiem najmniej. Zestaw szminek dopełnia poprzednią paletę – Kwitnącą wiśnię. Nowa paleta cieni, jest kontynuacją – „siostrą” poprzedniej. A paleta do konturowania… ma się jakby nijak do tych wszystkich produktów. Czy też macie takie odczucie?

Zacznijmy od opakowania, które jest oczywiście kartonowe (czy tam papierowe). Tak, jak wszystkie palety Glamshopu, ma ono dodatkową kartonową „osłonkę”, która wydaje mi się, że jest ciut za mała. Wierzcie mi, że miałam spory problem, żeby wyjąć ten produkt z tego dodatkowego kartonika. Niby pierdoła, acz musiałam zniszczyć zabezpieczenie, żeby wyjąć z niego paletę… W środku niestety nie znajdziemy lusterka, zamiast tego, możemy wczytać się w dedykację od Agnieszki, którą znamy już doskonale z palety Kwitnąca Wiśnia (czy Herbaciana Róża). Tak, to dokładnie ta sama formułka, ze zmienionym jednym słowem. Nie dość, że nie ułatwia ona makijażu, jak zrobiłoby to lusterko, to nie jest także w żaden sposób inspirująca (jak na przykład sentencja od Zuzi, czy Ady), co więcej – jest już po prostu oklepana. Nie masz pomysłu, co napisać w palecie? Przekopiuj to samo, co było w poprzedniej, w końcu, kto będzie to czytał? Ano ja będę i nie omieszkam wyrazić swojego niezadowolenia. Dodatkowo, opakowanie jest na tyle sztywne, że nie da się wygiąć tej części z dedykacją całkowicie do tyłu.

Pójdźmy krok dalej, czyli porozmawiajmy o grafice. Wybaczcie moją dosadną szczerość, jednak za każdym razem ten motyw sztucznych kwiatów, przywodzi mi na myśl wieńce nagrobne. Jest to dla mnie okropnie sztuczne, nienaturalne (wbrew nazwie palety) i po prostu brzydkie. Co więcej, Opakowanie kartonika zabezpieczającego (które musiałam zniszczyć) jest moim zdaniem, z dwojga złego, ładniejsze, niż opakowanie palety. Ten pusty, biały środek, przypomina mi niedokończony projekt w Paincie. Naprawdę, grafika tego produktu to mój koszmar.

Nadszedł czas na formułę i jakość produktów w palecie. W palecie Naturalny Kontur znajdziemy rozświetlacz Naturalny Glow, bronzer Naturalny Kontur oraz róż Naturalny róż (widać, że ktoś spędzał sobie sen z powiek, żeby wymyślić te nazwy). W sumie, nie rozumiem, dlaczego produkty ułożone są w palecie w tej kolejności. Bronzer, od którego zaczynamy makijaż znajduje się po środku… Ale to już szczegół. Ja w każdym razie zacznę swoją recenzję tych produktów w kolejności, w jakiej nakładam je na twarz. Naturalny bronzer ma odcień oliwkowego brązu. Z jednej strony wydaje się być on neutralny, jednak na niektórych typach urody będzie on wybijał nienaturalnie żółte tony. Jeśli kojarzycie The Balm – Bahama mama, przed zmianą formulacji, to będzie podobny kolor, jednak o wiele delikatniejszy w swojej pigmentacji. Nie ma opcji, żeby ktoś zrobił sobie tym produktem krzywdę. Dzięki delikatnie satynowemu wykończeniu, na buzi wygląda super naturalnie. Jest on bardzo rozsądnie napigmentowany (nie za mocno, ale też widać do na twarzy). Można go dobudowywać, jednak tylko do pewnego momentu. Wszystkie z produktów w te palecie mają swoją granicę, powyżej której po prostu dokładanie ich nie przynosi żadnych rezultatów. Dla mnie ta granica jest postawiona w bardzo dobrym miejscu, dzięki czemu są one widoczne, a efekt nie jest przerysowany – wygląda naturalnie. Produkt numer dwa to róż, o podobnym – satynowym – wykończeniu, do bronzera. Jego odcień w opakowaniu może przestraszyć, jednak na twarzy wygląda on jak naturalny rumieniec. Jest bardzo delikatnie napigmentowany, dzięki czemu nie zrobimy sobie nim krzywdy. To moje bardzo pozytywne zaskoczenie w tej palecie. Na koniec zostawiłam rozświetlacz. Jestem bardzo szczęśliwa, że nie ma on formuły turbo glow (jak rozświetlica, czy turbo hajlajt) – kompletnie nie potrafię posługiwać się tymi produktami, a nakładając je na twarz, widzę na niej jedynie drobinki brokatu. Naturalny glow ma dość specyficzną konsystencję, jednak jego aplikacja jest bezproblemowa – nie musimy zastanawiać się, którego pędzla użyć, nie trzeba go w żaden specyficzny sposób „wydrapywać” z opakowania. Nakładamy go jak zwykły, normalny rozświetlacz. W odcieniu jest on raczej neutralny, można doszukać się tu odrobiny szampana, czy bieli, jednak efekt nie jest typowo chłodny, czy ciepły. Na twarzy tworzy on bardzo elegancką taflę, z widocznymi drobinkami (które uwydatniają się w trakcie dnia). Może nie jest to jakiś bardzo subtelny efekt, ale ten blask nie będzie także widoczny z kosmosu. Podobnie jak pozostałe kosmetyki z tej palety – dobudowywanie go ma swoje granice. Dodatkowo, rozświetlacz może podkreślać nierówną strukturę skóry.
Wszystkie produkty z Naturalnego Konturu o wiele łatwiej i lepiej nabierają się pędzlem na twarz, niż swatchują palcem na skórę. Przy tak delikatnej pigmentacji, mocno sypią się w palecie i pozostawiają ją dość brudną.

Wiecie, jaki jest największy problem tej palety? Taki, że jest totalnie niepraktyczna. Dlaczego? Zawiera ona 3 pełnowymiarowe produkty, przez co jest dość duża, a przy tym nie ma lusterka. Palety do twarzy towarzyszą nam głównie podczas wyjazdów (lub wizażystom podczas pracy, wtedy to, co teraz powiem, ma mniejsze znaczenie). Po co brać ze sobą na wyjazd tak dużą paletę? Zajmie ona masę miejsca, a i tak muszę wziąć coś jeszcze, co będzie miało lusterko. Jakość produktów zamkniętych w Naturalnym Konturze jest moim zdaniem wyśmienita, jednak idei zamykania tego w paletę, nie rozumiem i nie popieram. Niestety, ale przez aspekt braku praktyczności, nawet najlepsze tego typu produkty kończą zapomniane na dnie szuflady. Już nie wspominając o fakcie, że okładka tej palety mocno odstrasza.

Paleta cieni Herbaciana Róża

Produkt, na który wiele z Was czeka najbardziej, czyli nowa paleta cieni. Opakowanie to standardowo kartonik. Niestety, podobnie jak w przypadku palety do konturowania, i w tutaj miałam ogromny problem, żeby zdjąć z niego osłonkę, a i palety nie da się całkowicie wygiąć – jest zbyt sztywna. Jak w każdej palecie 10-tce z Glamshopu, nie zaznamy tutaj lusterka i znowu wlatuje denna dedykacja, którą znamy już z innych produktów. Grafika palety cieni jest bardziej artystyczna, niż palety do konturowania. Co prawda nadal nie jest to moja estetyka, jednak tutaj nie ma motywu sztucznych róż i wieńców nagrobnych. Podejrzewam, że wielu osobom może przypaść ona do gustu. Ogromnym plusem jest fakt, że Glamshop wziął się za wykończenia opakowań i kółeczka na cienie są wycinane dokładniej, wygląda to po prostu lepiej. Nie do końca podoba mi się ten cały motyw przewodni palety. Autorka poszła w róże, gdzie róża kojarzy się przede wszystkim z czerwienią, której tu nie ma. Ponadto, nazwy cieni częściowo nawiązują do faktycznych gatunków tego kwiatu, a częściowo są zmyślone. Jest to dla mnie bardzo niespójne i wygląda na wymyślane na siłę.

Przejdźmy do kolorów. W palecie znajdziemy 10 cieni: 6 matów i 4 błyski (z czego dwa to turbopigmenty). Proporcja wydaje się słuszna, choć dobór kolorów w moim odczuciu zostawia trochę do życzenia. Poniżej wrzucam opis kolorów oraz swatche. Przypominam też, że w poprzednim poście >klik<< (otwiera się na nowej zakładce)">>>klik<< znajdziecie dokładne porównanie kolorów z palety Herbaciana Róża, z cieniami z innych palet.

Bawełniana róża – jasny, matowy beż.
Herbaciana róża – jasna, matowa brzoskwinia, wpadająca w pomarańcz, raczej zlewająca się z odcieniem skóry.
Przybrudzona róża – matowy, brudny róż, dość ciemnawy.
Pustynna róża – matowy, średni, neutralny brąz.
Piżmowa róża – ciemny, matowy brąz z delikatną domieszką borda.
Złota róża – turbopigment przypominający żółte drobinki, bez wyraźnej bazy kolorystycznej.
Bursztynowa róża – turbot w odcieniu starego złota z zieloną drobiną.
Damasceńska róża – różowo – brązowy błysk.
Burbońska róża – brązowo – rudy błysk.
Czekoladowa róża – matowy odcień ciemnej, gorzkie czekolady, z wyraźnie czarnym podtonem.

Jeśli chodzi o dobór kolorystyczny, pomimo tego, że na pierwszy rzut oka wygląda on ładnie, podczas użytkowania palety zdecydowanie wybijają się jego wady. Po pierwsze – matowe cienie są dość ciemne. Mamy tu tylko jeden przejściowy kolor – herbaciana róża – który przez super słaby pigment zlewa się z powieką i jest na niej niewidoczny. Kolejny fail to Pustynna róża, której można by użyć do delikatnego przyciemnienia oka, przy dziennym, lekkim makijażu. Jest to jednak niewykonalne, ponieważ to kolejny cień w tej palecie, który praktycznie nie ma w sobie pigmentu. Mamy dwa ciemne maty – piżmowa róża i czekoladowa róża, gdzie zamiast jednego z nich, można by spokojnie wrzucić do palety coś bardziej przejściowego. Ponadto, Czekoladowa róża rozciera się do ciemnoszarej plamy, co nie wygląda estetycznie na oku. Mamy tu także cztery błyski, z czego jeden jest żółty, drugi ma zieloną drobinę, a dwa pozostałe, choć ładne, są raczej ciemne. Brakuje tu po pierwsze jasnego błysku, którym można by rozjaśnić wewnętrzny kącik oraz czegoś neutralnego, nie za ciemnego, na całą powiekę.

Jeśli chodzi o formułę i jakość cieni, myślę, że powoli domyślacie się mojej oceny. Ja nakładam cienie na przezroczystą bazę (Inglot lub Urban Decay). Nie używam w tym celu korektora, ponieważ jako posiadaczka tłustej powieki, nie cieszyłabym się makijażem zbyt długo. Ponadto, moja powieka jest dość zasiniona, ma sporo żyłek, więc bazę zwykle gruntuję matowym beżem. Zacznijmy od tego, że pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, że cienie rewelacyjnie się swatchują, a beznadziejnie przenoszą pędzlem na oko. Są bardzo suche i dość mocno sprasowane. Przy tak słabej pigmentacji, bardzo się osypują. Herbaciana róża, czyli chyba cień przewodni palety, jest jej największą porażką. Nie widać jej na oku. Przed pisaniem tej recenzji, zobaczyłam też kilka filmów na youtube i szczerze powiedziawszy, ten problem widzę u wszystkich dziewczyn, które zdecydowały się tę paletę przetestować. Kolejny słaby cień, to Pustynna róża, która również ma bardzo delikatną pigmentację, a dobudować można ją jedynie do stopnia, że „coś tam widać”. Ta słaba pigmentacja sprawia, że sięgamy po coś ciemniejszego, żeby przyciemnić oko, jednak wtedy, wszystkie makijaże, które wykonamy tą paletą są ciemne, czyli mają niewiele wspólnego ze zwykłymi dzienniakami. Ponadto, trzeba się nieźle namachać, żeby faktycznie coś z tego wyszło. Gdzieś zobaczyłam opinię, że łatwiej pracuje się z tą paletą, zaczynając od odcienia najciemniejszego. W moim przypadku, kiedy próbowałam zrobić smoky i nałożyłam Czekoladową różę na całą powiekę, cień ten osypał mi się z powieki i zostawił po sobie nieestetyczne plamy. I to był ten moment, kiedy odechciało mi się dawania tej palecie kolejnych szans.

Pewnie część z Was zdziwiła się, kiedy na początku artykułu nawiązałam do tego, że w dniu premiery, Agnieszka postanowiła zamilkną, a na jej kanale nie pojawił się film promujący kolekcję. Nawiązuję do tego specjalnie, ponieważ wiele z nas kupiło paletę od razu, kiedy pojawiła się ona na stronie licząc, że zastaniemy tu tę samą jakość, którą Agnieszka pokazała nam w Kwitnącej wiśni. A umówmy się, te dwa produkty jakościowo nie mają ze sobą nic wspólnego. Dla mnie ta paleta to totalna klapa. Ba, powiedziałabym, że to najgorsza paleta, jakiej używałam w tym roku (a może i w ogóle). Nie ma nic, co przekonałoby mnie, że chcę dalej jej używać. Aplikacja cieni jest problematyczna, kolory albo są niewidoczne, albo zlewają się ze sobą, makijaże wyglądają na ciemne i brudne. Dodatkowo zawsze muszę sięgnąć po coś do innej palety, żeby wykończyć lub ratować makijaż.

Moja opinia

Myślę, że jeśli chodzi o jakość produktów, wypowiedziałam się wystarczająco. Szminka i konturówka są naprawdę bardzo w porządku, więc jeśli odpowiadają Wam ich odcienie – śmiało mogę te produkty polecić. Podobnie, jak paletę do konturowania (choć tu uwaga na oliwkowy bronzer, który nie na każdej karnacji będzie wyglądał dobrze), która poza naprawdę dobrymi produktami jest kompletnie niepraktyczna i mija się ze swoim własnym celem. Paletę cieni absolutnie odradzam. Rozumiem, że palety mniej napigmentowane tworzone są z myślą o osobach niedoświadczonych w makijażu, jednak cienie bez żadnej pigmentacji będą bezużyteczne niezależnie od Waszego stopnia zaawansowania.

Co koniecznie muszę powiedzieć, to fakt, że każdy z tych produktów jest jakby z innej parafii. Z jednej strony jest to „kolekcja”, a z drugiej, nie ma w niej żadnych punktów wspólnych. Widzę nawiązanie pomadek do poprzedniej palety- Kwitnącej wiśni. Jest ono oczywiste – zarówno grafika pomadek, jak i ich nazwy, czy kolory idealnie współgrają z Kwitnącą wiśnią. Jednak jak ma się do tego Herbaciana róża, poza faktem, że też jest to roślina? A jak do tej róży ma się paleta do konturowania? Dlaczego grafika na obydwu tych paletach nie mogła być bardziej podobna, zamiast na jedną wstawiać wieńce nagrobne i zdjęcia sztucznych kwiatów? Rozumiem, że nie przeniesiemy grafiki Wiśni na Różę, ale te palety w żaden sposób ze sobą korespondują (nawet jakościowo są to dwa zupełnie inne produkty), a ponoć miały być to siostry, dopełniać się.

Kiedy patrzę zarówno na Herbacianą różę, jak i na Naturalny kontur, mam poczucie, że te produkty zostały potraktowane po macoszemu i stworzone trochę na siłę, bez wyraźnego pomysłu. Widzę to w niedopracowanych grafikach, w nazwach odcieni (choć szczerze mówiąc, zapomniano także nazwać konturówkę), czy choćby w dedykacji, która na obu paletach jest taka sama, przekopiowana z resztą z Kwitnącej wiśni. W moim odczuciu, tym dwóm produktom zabrakło miłości podczas procesu twórczego. Nie widzę innej przyczyny, dlaczego tytułowy cień palety jest najsłabszy jakościowo. I jeszcze raz powtórzę, brak filmu w dzień premiery sprawiło, że osoby, które pokochały jakość Wiśni i zamówiły kolejną paletę Agi z sympatii i zaufania do niej, czują się teraz oszukane. Ja sama jestem bardzo zniesmaczona tą sytuacją. Jak możecie się domyślić, palety już u mnie nie ma. Produkty do ust również wydałam w świat, ale tutaj nie przez ich złą formułę, a przez kolory, w których nie czuję się dobrze.

Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie byłam zbyt ostra w swojej recenzji, natomiast nie widzę powodów, dla których miałabym być bardziej dyplomatyczna. Mam u siebie kilka palet z Glamshopu, żadna z nich nie sprawiła mi takiego zawodu i rozczarowania jak Herbaciana Róża. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, jakie są Wasze opinie na temat tej kolekcji, czy macie te produkty u siebie, jak odbieracie opóźnioną premierę? Jestem bardzo ciekawa! Zapraszam Was serdecznie na moje konta na instagramie @badhairway – travel & lifestyle, @badhairway.pl – beauty, gdzie jestem z Wami na bieżąco. Koniecznie śledźcie także bloga – już za kilka dni widzimy się w ulubieńcach roku, z wszelkich możliwych kategorii! Ciao!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.