Hej! Bardzo ciężko w to uwierzyć, ale… właśnie mija pierwszy kwartał 2021 roku. W styczniu zaproponowałam Wam wyzwanie #redukcjekosmetyczne i przyznaję, że sama nie podołałam… Planuję jednak wrócić do niego może na początku na trochę luźniejszych zasadach. Udaje mi się jednak na bieżąco przeglądać zawartość mojej toaletki, pozbyłam się wielu produktów, a w części zakochałam się na nowo. Dzisiaj zapraszam Was na ulubieńców kosmetycznych pierwszych trzech miesięcy tego roku! 

Soraya – Oat Therapy, krem na noc

Uwielbiam dodatek owsa, zarówno w jedzeniu, jak i w kosmetykach! Działa on na skórę nawilżająco, kojąco i regenerująco. Ten krem kupiłam na promocji w Hebe za kilkanaście złotych i już po pierwszym jego użyciu byłam zachwycona! Skóra jest cudownie nawilżona, zmiękczona, bardzo przyjemna w dotyku. Sam produkt można nakładać grubszą warstwą, która stopniowo się wchłania. Pewnie wiele z Was zainteresuje też fakt, że krem jest w 99% naturalny, a przy tym bezwonny! Moje opakowanie zostało już całkowicie zużyte, ale na pewno wrócę jeszcze do tego kremu.

Basiclab – Serum zmniejszające niedoskonałości z niacynamidem 10%
Redukcja i Zwężenie

Internet oszalał na punkcie kosmetyków Basiclab! Mówi o nich chyba każda influencerka. Jednak jako osoba, która samodzielnie wybrała, zamówiła oraz zapłaciła za te produkty, niestety (dla naszych portfeli) potwierdzam ich zbawienne działanie! O tych produktach na pewno pojawi się oddzielny post, ponieważ jakoś nie wszystkie mnie porwały. Jednak to zielone serum wyleczyło w tydzień wypryski, których nie mogłam pozbyć się od przeszło miesiąca. Nowy rok zaczęłam z niezbyt dobrym stanem cery. Stres, noszenie maseczki i zła dieta robią swoje. Co udało mi się coś podleczyć, wychodziły nowe niedoskonałości. Jednak to serum, poradziło sobie z nimi dosłownie w kilka dni. Używałam go raz dziennie, na początku codziennie, przez tydzień. Kiedy wszystkie zmiany zostały wygaszone, przestawiłam się na używanie go dwa razy w tygodniu, później raz w tygodniu. Teraz używam go jedynie wtedy, kiedy faktycznie widzę taką potrzebę, często tylko punktowo. Polecam Wam ten produkt bardzo, jednak zanim po niego sięgniecie – warto poczytać o zaleceniach, przeciwwskazaniach oraz ewentualnych działaniach niepożądanych stosowania niacynamidu. 

Laneige – Lip Sleeping Mask

Czy warto wydać stówę na balsam do ust? Normalnie powiedziałabym, że nie, ale ta maseczka warta jest każdej złotowki. Dzięki swojej oleistej formule jest lekka, ale niesamowicie skutecznie zmiękcza, nawilża i odżywia usta. Wchłania się dosyć szybko, jednak zostawia te usta w bardzo przyjemnej formie. Do tego używa się jej naprawdę niewiele, dzięki czemu taki mały słoiczek starcza na kilka dobrych miesięcy. I jeszcze ten zapach… Nie, ten produkt to nie jest must have. Jednak ja go uwielbiam i już nie wyobrażam sobie mojej wieczornej pielęgnacji bez niego!

Loreal – korektor Infallible more than concealer

Nie jestem największą fanką tego korektora pod oczami. U mnie wygląda dosyś sucho i wcale nie kryje jakoś rewelacyjnie (recenzja tutaj: najlepsze drogeryjne kryjące korektory pod oczy >>klik<<). ALE odkryłam, że ten produkt działa rewelacyjnie jako baza pod cienie – o wiele lepiej niż inne, nawet drogie produkty, specjalnie do tego przeznaczone. Jeśli macie tłuste powieki i nic nie jest w stanie utrzymać na nich cieni dłużej niż kilka godzin, koniecznie spróbujcie korektora z Loreala!

Pixie – Minerals Love Botanicals, podkład mineralny

Przyznam się szczerze, że często nie chce mi się robić makijażu. Na codzień zakrywam cienie pod oczami korektorem i tuszuję rzęsy. Jednak bywają dni, że mam chęć lub potrzebę trochę bardziej się ogarnąć. Używanie podkładu mineralnego, który aplikuję pędzlem w kilka sekund, to idealne rozwiązanie. Podkład z Pixie to najlepszy podkład mineralny tego typu, którego kiedykolwiek używałam. Krycie ma delikatne, jednak wystarczające, żeby wyrównać koloryt cery. Wygląda bardzo naturalnie, zostawia na skórze satynowe wykończenie. Dodatkowo utrzymuje się cały dzień. Jeśli się ściera, nie tworzy na twarzy wyraźnych dziur, czy placków, wszystko nadal wygląda bardzo naturalnie. Ten produkt daje po prostu efekt lepszej skóry, przy okazji jego aplikacja jest bardzo szybka. Swoją sztukę kupiłam już jakiś czas temu w Kontigo i naprawdę bardzo polecam, nawet awaryjnie, mieć tego typu produkt w swojej kosmetyczce!

Eveline – tusz Variete

Nie mam pojęcia, ile opakowań tego tuszu zużyłam przez ostatni rok… Myślę, że 4-5 to minimum. I zawsze do niego wracam. Jest to dla mnie tusz pewniak, który pięknie wydłuża rzęsy, delikatnie je zagęszcza oraz utrzymuje skręt zalotki. Ładnie trzyma się cały dzień i opakowanie starcza naprawdę na długo. Tusz normalnie się nie kruszy. Osyp pod okiem oznacza, że czas zaopatrzyć się w nową buteleczkę. Jako jego ogromną zaletę warto dodać dostępność – możemy kupić go stacjonarnie w prawie każdej drogerii i w pełnej cenie kosztuje około 24zł. 

Affect – paleta Secret Beauty

Przez ostatnie dwa miesiące praktycznie nie malowałam oczu. Jednak jeśli już dochodziło do takich sytuacji, sięgałam wyłącznie po jedną paletę – Secret Beauty od Affect. Na jej temat niedługo pojawi się osobny post na blogu. Jednak już teraz mogę powiedzieć Wam, że jest to jakość na najwyższym poziomie, do której już marka Affect zdążyła nas przyzwyczaić. W ostatnim czasie upatrzyłam sobie jeden makijaż, do którego użycia potrzebowałam tylko dwóch cieni i który lądował na moim oku praktycznie za każdym razem. Dodatkowo, jest to bardzo kompaktowe rozwiązanie, ponieważ produkty w palecie nadają się także do użycia na twarzy. Bardzo polubiłam się z tym produktem, a jeśli chcecie poznać więcej szczegółów – śledźcie bloga, już niedługo pojawi się post!

Czy słyszeliście już, że we wrześniu marka Becca kończy swoją działalność? Przyznam, że jest to dla mnie bardzo smutna wiadomość. Sam fakt, że właściciele decydują się zamknąć biznes już jest bardzo przykrym wydarzeniem. Jednak od kilku lat, rozświetlacze Becca to jedyne, jakie mam i po jakie sięgam. Dla mnie są to produkty idealne. I co prawda kupiłam jeden rozświetlacz “na zapas”, jednak na dłuższą metę wiem, że w końcu będę musiała znaleźć jakiś zamiennik. Dlatego też ostatnio testuję więcej tego typu produktów (podsumowania i porównania będą na blogu). I znalazłam coś, co jest naprawdę wybitne, jednak znowu – jest to edycja limitowana, która za kilka miesięcy będzie już nie do kupienia. Rozświetlacz Wibo – Sunlighter, który powstał we współpracy ze Stysiem, daje piękną taflę (nie nada się dla osób z ciemniejszą karnacją!), bez żadnych drobin. Efekt można stopniować od eleganckiego, do naprawdę bardzo mocnego. I choć nie jest to mój ulubieniec ostatnich miesięcy, tak odkąd kupiłam go w drugiej połowie marca, tak już odruchowo po niego sięgam. Jeśli napotkacie ten produkt w Rossmannie – zaproście go do swojego koszyka :D. 

To tyle w kwestii ulubionych kosmetyków! Postanowiłam, że ulubieńcy domu oraz kolejna część Netflixowych polecajek, pojawią się w oddzielnych postach. Koniecznie dajcie znać, jaki kosmetyk zrobił na Was w ostatnim czasie największe wrażenie? Czekam na Wasze komentarze! Zapraszam Was oczywiście na moje instagramy: @badhairway – travel, lifestyle i @badhairway.pl – beauty, gdzie z wszelkimi nowinkami i ciekawostkami ode mnie jesteście na bieżąco. Jeśli jest konkretny temat lub produkt, o którym chcielibyście przeczytać na blogu – również zostawcie w komentarzu swoje propozycje! 

Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.