Paletowy maj trwa! Za oknem w końcu mamy cudowną pogodę, co tym bardziej nastraja do… użycia koloru w makijażu! Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję specjalną. Paletka, która reklamowana jest pod hasłem „najsłodsza w Galaktyce”, na której okładce widnieje sama baby Yoda, nie mogła nie trafić w moje ręce! Jesteście ciekawi, czy paletka od Colourpop, która powstała we współpracy ze Star Wars The Mandalorian – The Child warta jest zachodu? Zapraszam do artykułu!

PSSST koniecznie zobacz też wcześniejsze posty z serii Paletowy Maj:

Cena, dostępność, opakowanie

Jak każda paleta Colourpop, w Polsce jest ona praktycznie niedostępna. Paletkę możemy zamówić ze strony producenta (tutaj >>klik<<), w regularnej cenie 16$ (czyli przy obecnym kursie – około 60zł). Do tego, jeśli chcemy zamówić tylko tę paletkę, należy doliczyć koszt przesyłki 10$ (darmowa wysyłka zaczyna się od zamówień powyżej 60$). Istnieje także niezerowe prawdopodobieństwo, że naliczony zostanie nam podatek oraz opłaty celne. Wtedy koszt palety wzrasta o nawet kilkadziesiąt złotych.
Psst o tym, jak zamawiać z Colourpop.com przeczytasz tutaj >>klik<<.

Paleta The Child jest także dostępna na stronach polskich resellerów. Ale wiecie co? Ceny na tych stronach są tak absurdalnie wysokie, że taniej wyjdzie zamówić kosmetyk z USA, opłacić przesyłkę i ewentualny podatek.

Opakowanie paletki jest przesłodkie. Możliwe, że wręcz najsłodsze w Galaktyce! Zarówno na pudełeczku zabezpieczającym, jak i kartoniku właściwym znajduje się wizerunek Baby Yody. Co więcej, faktura opakowania jest wypukła. W środku znajdziemy także bardzo praktyczne lusterko. Rozpływam się!

Kolorystyka i formulacja

The Child nie jest kolejną nudną paletą z brązami (spokojnie, też takie lubię najbardziej!). Tutaj motywem przewodnim są bardzo modne ostatnio zielenie. Jako dodatek mamy ciepłe brązy oraz złota. Dzięki temu, paleta z jednej strony jest kolorowa, a z drugiej – można wykonać nią także zwykły, dzienny makijaż z ewentualnym zielonym akcentem. Nie mamy tu matowego beżu ani czerni. Jednak najciemniejszy brąz oraz zieleń z powodzeniem nadadzą się do wszelkiego rodzaju przyciemniania powieki, czy kresek. Poniżej znajdziecie opis każdego koloru oraz swatche paletki.

Precious cargo – błysk, złotko z białą drobinką. Cień w formule supershock.
Right hand mano – metaliczna, chłodna, jasna zieleń.
Just like a tatooine – matowy, ciepły, średni brąz.
Sipping soup – metaliczna zieleń, z nutką złota.
Baby face – matowa, jasna, przygaszona mięta.
The force – metaliczny odcień starego złota.
Little frog – mat z drobinkami, średnia oliwkowa zieleń.
Float your crib – matowa, ciemna, chłodna zieleń.
Droid protocol – matowy, ciemny brąz o ciepłym podtonie.

Muszę przyznać, że formuła tych cieni jest nieco inna, niż choćby to, co znam już z mojej ulubionej palety tej marki – Going Coconuts (recenzja tutaj >>klik<<). Mam wrażenie, że błyski są nieco mocniejsze, bardziej metaliczne, wielowymiarowe i widoczne na oku. Jednak w przypadku cieni matowych, wydaje mi się, że są nieco bardziej sprasowane. Przy swatchach miałam spory problem z cieniem Baby Face, czyli tą śliczną miętą oraz z Float your crib – ciemna zieleń. Pamiętajmy jednak, że jakość cieni oceniamy po pracy z nimi, nie po swatchach, dlatego… lecimy dalej!

Praca z cieniami & Makijaże

Zacznę od błysków, ponieważ tutaj sytuacja jest prosta. W tej paletce mamy do czynienia z pięknymi metalikami, które na oku dają intensywny, ale i elegancki efekt. Błyski są zdecydowanie drobinkowe, ale nie wyglądają jak chamski brokat na powiece. Chyba najbardziej spektakularnie prezentuje się cień Right hand mano, czyli jasna, metaliczna zieleń, która jest naprawdę mocna – z resztą, doskonale widać to na swatchach!

Maty to trochę trudniejszy temat. Głównie dlatego, że cienie nie są równe w pracy. Zacznę może od Little Frog, czyli matowej zieleni, która ma w sobie drobinki – wiem, że wiele z Was obawia się tej formuły. Zupełnie niesłusznie! Drobinki wytrącają się w trakcie pracy, a główny, matowy odcień zieleni doskonale transferuje się na powiekę i nie ma z nim żadnego problemu. Bezproblemowe są także obydwa brązy – zarówno ten jaśniejszy, jak i ciemniejszy. Największe trudności napotykam przy najładniejszym (moim zdaniem) cieniu z palety, czyli Baby Face. Ta zgaszona mięta jest dosyć mocno sprasowana, przez co ma bardzo delikatny pigment i trochę trzeba się namachać, żeby zbudować ten kolor na powiece i sprawić, że będzie widoczny. Drugim słabszym punktem paletki jest zdecydowanie ciemna zieleń Float your crib. Tutaj z kolei mam wrażenie, że pigment nierówno transferuje się z pędzla na powiekę, przez co, żeby makijaż nie wyglądał brudno, należy w specyficzny sposób z tym cieniem pracować. Najlepiej doklepywać go zbitym pędzelkiem do momentu, aż kolor będzie równomiernie nałożony na powiekę, po czym rozcierać go puchatym pędzlem. Blendowanie tego koloru jest dość czasochłonne i niestety, nie zawsze kończy się sukcesem.

Pomimo problemów z nakładaniem dwóch matowych cieni, nie jest to coś, z czym nie da się pracować. Jak już nauczymy się odpowiednio nakładać obydwa te cienie – zarówno one, jak i pozostałe kolory bardzo dobrze się blendują, ładnie w siebie przechodzą. Poniżej wrzucam przykładowe makijaże, które wykonałam paletkę Colourpop – The Child.

Moja opinia

Czy warto kupić paletę Colourpop – The Child? To zależy. Jeśli jesteście fanami Star Wars, Mandalorianina, czy po prostu nie możecie podarować sobie paletki z Baby Yodą – warto. Dobór kolorystyczny tej palety jest bardzo przemyślany i trafiony – można nią zrobić zarówno zwykły, dzienny, jak i bardziej szalony makijaż. Ponadto, zielenie, które w niej mamy, są dosyć przygaszone, dzięki czemu, nie musimy obawiać się, że makijaż będzie „zbytnio rzucał się w oczy”. Natomiast jeśli po prostu szukacie fajnej, łatwej w pracy zielonej paletki, to chyba odpuściłabym sobie tę propozycje. Nie odmówię te palecie uroku, jednak znam produkty, które są o wiele łatwiejsze w pracy, a cienie w nich łatwiej się budują i blendują. Całkowicie obiektywnie, pomijając słodkość Baby Yody, ja daje jej jakieś 6/10.

I… to tyle na dziś! The Child na pewno jest najsłodszą paletą w Galaktyce, ale niestety – raczej nie uplasuje się w galaktycznym rankingu top 3. Jak zawsze, zapraszam Was na mój instagram @badhairway.pl – beauty i @badhairway – travel & lifestyle. W przyszłym tygodniu, kolejny post na blogu pojawi się dopiero w sobotę i będzie to kolejna odsłona naszego paletowego maja! Tym razem sięgniemy po coś ze znacznie wyższej półki cenowej… Jeśli jesteście ciekawe o co chodzi – zapraszam Was w przyszłą sobotę!

A jeśli chcesz zobaczyć recenzje innych palet na blogu, odsyłam Cię do wcześniejszych postów:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.