Paletowy maj trwa! Z lekkim opóźnieniem, ale oto i jest – nowy post z serii! Postanowiłam, że z racji mojej nieobecności na blogu, pojawi się dodatkowy post z recenzją palety – już w kolejną środę. A paletę wybierzecie Wy – na moim instagramie @badhairway.pl, dlatego gorąco zachęcam Was, żeby mnie tam obserwować!

Z serii #paletowymaj pojawiły się już 3 posty:

Dzisiaj przyszedł czas na nieco droższą propozycję. Zapraszam na recenzję paletki Glam od Natashy Denony!

Cena & dostępność 

Paleta w Polsce dostępna jest na wyłączność w Sephora, gdzie w cenie regularnej kosztuje 319zł. Co ważne, Natasha Denona wchodzi w promocje Sephorowe na makijaż (nie są to produkty specjalne, wyłączone z promocji), w związku z czym na spokojnie można kupić tę paletę 20-25% taniej.  Są także strony pośredniczące (np. looktop, gdzie paleta kosztuje ok. 311zł), przez które także można ją zamówić. Natasha Denona jest także dostępna na stronie Cult Beauty, gdzie w zależności od obecnego kursu funta lub euro może wyjść nieco korzystniej niż w Sephora. Zamawiając z tej strony, nie musimy martwić się o żadne dodatkowe cła i podatki. Jedyne co – przesyłka idzie około tydzień – dwa. 

Cienie & opakowanie

Paleta Glam jest metalowa, opakowana w dodatkowy kartonik zabezpieczający. Ma bardzo minimalistyczne, eleganckie i porządne opakowanie. Nie znajdziemy tu żadnych pstrokatych wzorów. Dodatkowo, w środku mieści się ogromne lustro, bardzo praktyczne i naprawdę przydatne. Kolorem przewodnim palety jest szarość / srebro. I choć nawet jej opakowanie sugeruje, że będzie to typowo chłodna propozycja, ja określiłabym ją raczej jako neutralną i wbrew pozorom – bardzo uniwersalną

W środku znajdziemy 15 cieni, z czego 5 to maty, a pozostałe 10 – błyski. Nie opiszę Wam każdego koloru po kolei, ponieważ nie mają one unikatowych nazw – nazwa cienia sugeruje jedynie jego zastosowanie. Dlatego też te “nazwy” powtarzają się. Największym minusem tej palety – według mnie – jest proporcja błysków w stosunku do matów. Ale o tym za chwilę :).

Wśród matów nie znajdziemy jednak matowego beżu. Mamy tutaj jasną, lekko beżową szarość, dwa pośrednie brązy w załamanie – jeden chłodniejszy, drugi cieplejszy. Do tego ciemniejszy, neutralny brąz do przyciemnienia oraz bardzo ciemny, chłodny brąz, który z powodzeniem zastąpi czerń. Formuła tych cieni jest bardzo przyjemna. Są naprawdę masełkowe. Pigmentację określiłabym jako “w punkt” – jedno zamoczenie pędzla przenosi pigment z cienia na powiekę, nie trzeba go dobudowywać, ale i przy wszystko dobrze się blenduje i nie osypuje na powiece (lekki osyp występuje w paletce).

Jeśli chodzi o błyski, mamy tu pełen przekrój barw. Od tych typowo chłodnych, stalowych odcieni, przez neutralne różowo-złote, po typowe, ciepłe, żółte złotka. Błyski są bardzo eleganckie (aż znowu chce się powiedzieć “w punkt”). Nadadzą się do delikatnych, dziennych makijaży, jak i do mocniejszych, wieczorowych propozycji. Wszystkie mają bazę kolorystyczną i drobno zmieloną drobinkę, która w żaden sposób nie drażni oka. Przyznaję, że do tej pory jest to jeden z ładniejszych rodzajów błysków, jakie znam. 

Praca z cieniami

Z cieniami pracuje się bardzo przyjemnie. Maty dobrze się blendują, ładnie w siebie przechodzą, można rozetrzeć je do chmurki, czy dobudować. Jedyne co – najciemniejszy brąz z palety (ten prawie czarny), używam wyłącznie do kreski, ponieważ z jakiegoś powodu na tyle mocno przykleja się on do mojej powieki, że nie jestem w stanie równomiernie go rozetrzeć. Na oku nie podoba mi się najjaśniejszy mat – ten szarawo – beżowy. Uważam, że wygląda nieco brudno (przynajmniej na mojej ciepłej karnacji), nawet, jeśli używa się go tylko do roztarcia granic blendowania. Zdecydowanie nie zastępuje on tradycyjnego, matowego beżu. Do błysków nie mam żadnych zarzutów. Są naprawdę dobrej jakości, na oku wyglądają przepięknie, dobrze trzymają się powieki. 

Warto także wspomnieć, że w trakcie dnia cienie nie tracą na intensywności. Nie osypują się, nie bledną. Dobrze pracują zarówno na bazach, jak i na zwykłym korektorze. 

Moja opinia

Czy warto kupić paletę Natasha Denona – Glam? Wiecie co… sama nie wiem. Na pewno, jeśli chcecie poczuć “odrobinę luksusu” to tak. Cienie są naprawdę dobrej jakości i jeśli tylko kolorystyka palety Wam odpowiada – nie będziecie nią zawiedzeni. Jednak czy jest ona warta 320zł? Szczerze powiedziawszy, wydaje mi się, że nie. Przez to, że w palecie jest tylko 5 matów, z czego dla mnie jeden jest mocno nietwarzowy, a drugi nadaje się tylko do kreski, zostają mi 3 cienie do zbudowania makijażu. I ostatecznie, każdy makijaż, który wykonuję tą paletą różni się wyłącznie błyskiem, który dodam na środek powieki. Opakowanie, estetyka, dobór kolorystyczy, jakość cieni – rewelacja. Widać, że to nie jest tania, badziewna paleta. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że można nią wykonać jedynie różne wariacje na temat jednego makijażu – raczej nie jest to warte takiej ceny. Ja nie żałuję, że kupiłam tę paletę (tym bardziej, że dałam za nią około stówkę mniej), ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy zostanie ona ze mną na dłużej. Mam ją już kilka miesięcy i użyłam dosłownie kilka razy. Ile w końcu można nosić codziennie ten sam makijaż? 🙂 

To tyle ode mnie! Koniecznie dajcie znać w komentarzu, czy miałyście styczność z cieniami od Natashy Denony i czy Waszym zdaniem są one warte tej ceny? Chętnie przyjmę też wszelkie sugestie dotyczące dodatkowego posta z serii paletowy maj, który pojawi się już na początku czerwca! Pamiętajcie, żeby śledzić mnie na instagramie @badhairway.pl i @badhairway. W sobotę zapraszam Was na kolejny wpis z tego cyklu. Tym razem opowiem Wam o pewnej gorącej, drogeryjnej nowości – której recenzję bardzo chciałyście przeczytać – a która… wcale najlepiej mi się nie sprawdziła. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.