KOSMETYKI DROGERYJNE, MAKIJAŻ, POLSKA MARKA, URODA

Miyo – Frogs and Roses

Jest w sieci taka dziewczyna – Iza, która działa pod pseudonimem Fog in the garden. Iza ma bardzo oryginalną estetykę. Nieco mroczną, ale i jednocześnie bardzo dziewczęcą. Dlaczego Wam o tym mówię? Ponieważ już jakiś czas temu, prace Izy zostały docenione przez markę Miyo i tym sposobem, siły zostały połączone i powstała paletka Frogs and Roses. Jeśli jesteście ciekawi, jak ten produkt sprawdził się u mnie – zapraszam do artykułu!

Zanim zaczniemy, przejdźmy jeszcze przez formalności. Paletka Frogs and Roses dostępna jest online na stronie producenta – Miyo oraz w drogerii internetowej mintishop. Kosztuje 29.90zł. Jest to tzw. produkt specjalny, więc nie jest uwzględniany przy promocjach.

Edit: Nie wiem, jak to się stało – post był przygotowany do publikacji, ba – ja byłam pewna, że od kilku dobrych miesięcy recenzja jest dostępna na blogu, a tu… taki psikus! Wiem, że paletka Frogs and Roses na dzień dzisiejszy nie jest już dostępna w sprzedaży – raczej niestety nie wróci. Jedyne co – można odkupić ją od kogoś z drugiej ręki. Dlatego pozwólcie, że post wleci jako bonusowy :(.

Opakowanie

Paletka Izy to klasyczna „five point palette”. 5 cieni zamkniętych jest w podłużnym, różowym kartoniku. Grafika opakowania zewnętrznego, które doskonale oddaje estetykę autorki, nie jest przeniesiona na właściwy produkt. Żeby jednak wynagrodzić konsumentom tę różnicę, do produktu są dostępne naklejki, którymi możemy samodzielnie udekorować swoje paletki.

Paletka jest naprawdę malutka, a w środku znajduje się jeszcze… lusterko. Szczerze mówiąc, zawsze doceniam lusterko w palecie, jednak tutaj, szczerze mówiąc nie widzę jego zastosowania. Jest podłużne i bardzo wąskie, korzystanie z niego jest tak niepraktyczne, że mija się z celem.

Cienie – kolory i formuła

W paletce znajduje się 5 cieni. Kolorystyka łączy w sobie zarówno bezpieczne odcienie nude i zielenie. Nie mamy tu matowego beżu, co dla mnie już oznacza, że będzie to paletka raczej uzupełniająca. Jednak pozostałymi kolorami – pomimo tego, że jest ich tylko 5 – możemy zrobić delikatny makijaż dzienny, mocny, wieczorowy mejkap, jak i coś ciekawszego z zielonym vibem. Poniżej wrzucam opis kolorów i swatche.

Rose petals – różano – brzoskwiniowy, transferowy mat.
Morning dew – jasny, żółto – złoto – różowy brokacik, bez wyraźnej bazy kolorystycznej.
Green frogs – matowy odcień zielonego groszku.
Sparkling leaves – kolorowy brokat na ciemnozielonej bazie.
Rosewood – ciemny, matowy brąz, z nutką różu.

Cienie pod palcem są bardzo masełkowe. Przy swatchu wydają się bardzo mocno napigmentowane. Lekko osypują się w palecie. Jeśli chodzi o błyski – jasny jest czymś bardzo podobnym do błysków, które znamy już z palety Wedding Vibes (recenzja tutaj: >>klik<<). Dla mnie to po prostu mocniej zmielony brokacik. Sytuacja trochę zmienia się w przypadku ciemnego błysku, który ma już wyraźną bazę kolorystyczną. Ale jak pracuje się z tymi cieniami? Same zobaczcie!

Praca z cieniami i makijaż

Robiąc swatche, zwłaszcza maty, wydały mi się bardzo mocno napigmentowane. Jednak podczas pracy z nimi i rozcierania ich, mam wrażenie, że cienie są półtransparentne. Pomimo tak mocnego pigmentu, jesteśmy w stanie rozblendować je do bardzo delikatnej chmurki. W makijażu, który widzicie niżej, użyłam wszystkich cieni z paletki. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale ciemny brąz rozblendował się do tego poziomu, że ciężko rozróżnić go od tego różanego odcienia. Czy jest to wada tych cieni? Wydaje mi się, że powinniśmy to raczej rozpatrywać jako cechę. Sama miewam ciężką rękę do makijażu, zwłaszcza, gdy się spieszę, wiec po prostu z przyzwyczajenia macham pędzlem jak zła. Tutaj nie ma problemu z tym, że zrobią się nam jakieś plamy, czy że coś będzie źle roztarte. Pamiętajmy też, że marka Miyo raczej celuje w młodszą klientelę, więc dla początkujących miłośników makijażu, takie rozwiązanie będzie na pewno bezpieczniejsze.

Jeśli chodzi o błyski… Tak samo, jak nie do podobały mi się one w paletce Wedding Vibes, tak i tutaj ich nie czuję. Co prawda w przypadku Frogs and Roses nie ma problemu z tym, że wyglądają one identycznie – znacząco się od siebie różnią. Natomiast jasny błysk to wg mnie po postu mocno zmielony brokacik (bardzo z resztą ładny), ale bez żadnej wyraźnej bazy kolorystycznej. Ciemny kolor jest już o wiele ciekawszy. Jednak obydwa one raczej kiepsko trzymają się powieki. Nie nałożone na klej pod brokat bardzo szybko znikną z oka – po prostu się osypią. W przypadku ciemnego cienia zostanie jeszcze ślad po bazie kolorystycznej, która była pod błyskiem. I pomimo tego, że moim osobistym preferencjom nie do końca odpowiada taki rodzaj błyszczących cieni, to ogromnym ich plusem jest mocne zmielenie. Drobinki tutaj nie są ostre, nawet gdy się osypują, nie podrażniają w żaden sposób oka (tak jak to było u mnie choćby w przypadku paletki Mexmo – Nude Fantasy >>klik<<).

Temat, który raczej rzadko poruszam przy recenzjach palet, ponieważ zwykle nie mam z tym problemu, to ich trwałość. Cienie z paletki Frogs and Roses bardzo dobrze pracowały zarówno na korektorze, jak i bazie pod cienie. Poza odklejającymi się drobinkami, nic nie weszło mi w załamanie powieki. Ale niestety, mam wrażenie, że w trakcie dnia, kolory na oku tracą na intensywności. Biorąc pod uwagę półtransparentny efekt, który możemy nimi uzyskać i dodając do niego zanikanie w ciągu dnia, to raczej nie jest coś, co powinno mieć miejsce.

Moja opinia

Czy warto kupić paletkę Miyo – Frogs and Roses? Według mnie tak, chociaż nie jest to paletka bez wad. Biorąc pod uwagę niską cenę tego produktu, łatwość pracowania z cieniami, uważam, że będzie to strzał w dziesiątkę dla osób początkujących, które chcą wprowadzić kolorystyczny akcent w swoim makijażu. Tak naprawdę, poza cieniem zielonym i ciemnym błyskiem, zrobicie przepiękny, zwykły, dzienny, szybki makijaż (chociaż szkoda, że nie ma tu tego szóstego okienka na beżowy matowy cień). Jeśli najdzie Was ochota – dokładacie zielony. Jeśli chcecie coś mocniejszego – bardzo proszę. Na pewno praca z tą paletką okaże się dla Was łatwa i przyjemna. Dlaczego więc pojawiło się także słowo „nie”? Bo jeśli już jesteście mocno wprawione i blendowanie cieni weszło Wam w krew, to możecie nie zobaczyć makijażu, który właśnie zrobiłyście. Formuła cieni matowych jest bardzo przyjemna w pracy, jednak byłoby miło, gdyby po roztarciu cienie zostawiały jakiś kolor na powiece. Co prawda, jeśli miałabym wybierać między tą paletką, a podobną kolorystycznie Colourpop – The Child (recenzja tutaj: >>klik<<), zdecydowanie wybrałabym Miyo. Natomiast mam wrażenie, że te dwa produkty reprezentują trochę skrajności – w przypadku Colourpop trzeba się czasem nieźle namęczyć, żeby rozblendować cienie, gdzie w przypadku Miyo, trzeba się postarać, żeby podczas blendowania całkowicie nie wytracić ich pigmentu. Pamiętajmy jednak, że akurat dołożyć cień na powiekę jest o wiele łatwiej, niż pozbyć się go (wiecie, jak zrobi się plama). Nie powiem więc, że Frogs and Roses to zła paletka. Po pierwsze – kolorystycznie szalenie mi się podoba. Po drugie – jest łatwa i przyjemna w pracy. A po trzecie – jak już wspomniałam, Miyo kieruje raczej swoje produkty do młodszego konsumenta i tutaj śmiało mogę stwierdzić, że spełni on jego oczekiwania. Jest to po prostu produkt bezpieczny.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.