Hej! W końcu nastał ten dzień, kiedy udało mi się zebrać wszystkie produkty, które przez ostatnie miesiące naprawdę polubiłam! Przyznam szczerze, że mój plan na ulubieńców był nieco inny – uznałam, że co 3 miesiące opublikuję post z tym, co sprawdziło mi się kolejno w zimie, wiosną, latem i jesienią. Niestety nie udało mi się opublikować tego artykułu początkiem czerwca, tak jak chciałam. A perełek pojawiło się naprawdę sporo! Dlatego też, w dzisiejszym poście zobaczycie najlepsze kosmetyki (i akcesoria), zebrane na przestrzeni aż 4 miesięcy! Żeby jednak artykuł nie był zbyt długi, wyselekcjonowałam same sztosy. Gotowi? Zapraszam do artykułu!

Akcesoria

Czyścik do gąbek z Glamshop

Pełną recenzję mydełek i szamponów z glamshopu znajdziecie tutaj >>klik<<. W dedykowanej recenzji napisałam, że uważam te produkty za dobre, ale niewarte tej ceny. W końcu… to tylko mydło, a kosztuje 40zł. Niestety, cały czas tak uważam i jak zużyję ten produkt to na pewno nie kupię go ponownie. Dlaczego więc trafił do ulubieńców? Głównie przez swoje opakowanie. Forma zakręcanego słoiczka jest wybitnie praktyczna zwłaszcza jeśli chcemy zabrać ją na wyjazd. Ja zwykle mam w użyciu jedną gąbkę. Jeśli gdzieś wyjeżdżam – jedzie ona ze mną. To mydełko idealnie nadaje się do zapakowania na wyjazd i doczyszczenia tej gąbeczki.

Pędzel M Brush

Szczerze powiedziawszy, przy tak mocno rozwiniętym rynku akcesoriów do makijażu, kupowanie tak drogich pędzli, jak M Brush, to już chyba wyłacznie zachcianka. Sama mam kilka modeli i szczerze, moim zdaniem jakościowo i miękkością są porównywalne do serii J z Hakuro. Znalazłam jednak model, dla którego nie mam zamiennika, zwłaszcza jeśli chodzi o kształt. M04 to długa, niepozorna miotełka, która idealnie sprawdza się do aplikacji różu – zwłaszcza, jeśli miewacie do niego zbyt ciężką rękę. Każdy, nawet przepigmentowany róż, nałożony tym pędzlen wygląda pięknie. Jeśli znacie podobny kształt w niższej cenie, który jest równie miękki i przyjemny – koniecznie dajcie znać w komentarzu!

Pielęgnacja

Dezodorant Basiclab

Prawdopodobnie jeszcze parę miesięcy temu w życiu nie pomyślałabym, że będę zachwycać się dezodorantem w kulce. Natomiast odkąd producent wycofał produkt, który spisywał się u mnie najlepiej, sięgałam po różne dezodoranty / antyperspiranty (w aerozolu oczywiście), które dawały mi raz lepszy, raz gorszy efekt. ALE mój poprzedni zakup to było kompletne nieporozumienie. Po psiknięciu, produkt osiadał na skórze w postaci białego osadu, który po prostu sypał mi się spod pach. Zatem robiąc zamówienie na basiclab, wrzuciłam do koszyka ….. . I wiecie co? Daje niegorszy efekt od dezodorantów w aerozolu, ładnie się wchłania, redukuje potliwość. Do tego jest na pewno bardziej przyjazny dla środowiska niż aerozole. Ten produkt występuje w 3 wersjach: 24. 48 i 72 godziny. U mnie 48h w zupełności daje radę przez cały dzień.

Żel pod prysznic Yope

Od kilku dobrych lat mam problem z kosmetykami do ciała. Często podrażniają i wysuszają one moją skórę. Dodatkowo, po ich użyciu wszystko okropnie mnie swędzi… Jeśli też macie taki problem (a ostatnio dowiedziałam się, że paru moich znajomych boryka się z podobną przypadłością), koniecznie zainteresujcie się żelami pod prysznic Yope. Nie mają one chemicznych, drażniących składów ani sztucznych substancji zapachowych. Skóra po nich nie jest podrażniona ani swędząca, dodatkowo zostaje na niej bardzo naturalny zapach kosmetyku. Sama przeszłam już przez 3 opcje zapachowe i powiem Wam, że mandarynka to życie :D.

Pianka Uzdrovisco

Pianka z Uzdrovisco trafiła do mnie przez przypadek. Podczas jednego z wyjazdów, zapomniałam wziąć ze sobą czegoś do mycia twarzy. Udałam się zatem do Rossmanna i kupiłam to cudo. Przyznaję, że nie jest to najtańszy tego typu produkt drogeryjny – w cenie regularnej kosztuje prawie 40zł, ale to zdecydowanie najlepsza pianka, jakiej do tej pory używałam! Ma dosyć zbitą konsystencję – wystarczy jej minimalna ilość, żeby umyć buzię i faktycznie mamy poczucie, że ta skóra jest domyta. W żaden sposób nie pozostawia cery ściągniętej. Spokojnie można używać tego produktu w porannej pielęgnacji, jak i do wieczornego demakijażu (doskonale domywa resztki olejku – o dwuetapowym oczyszczaniu twarzy przeczytasz tutaj >>klik<<). Co więcej, produkt jest naprawdę wydajny – poprzednią piankę zużyłam w 3 tygodnie, a ta starczyła mi na 4 miesiące!

Krem pod oczy Bobbi Brown

Wiecie co, mam wręcz wyrzuty sumienia, że ten produkt tak mi się spodobał… Krem Bobbi Brown, który powinien kosztować co najmniej 200zł mniej (tym bardziej zważywszy na jego prosty skład), rewelacyjnie nawilża. Nie – nie redukuje cieni pod oczami, nie spłyca zmarszczek. Ale genialnie wpływa na stan i nawilżenie skóry. Wierzcie mi, że używając tego kremu, moje problemy z utrzymywaniem się cieni na powiekach, czy z sucho wyglądającym korektorem pod okiem praktycznie zniknęły. Krem ma gęstą konsystencję, wystarczy go niewielka ilość i również starcza on na bardzo długo – ja używałam go zarówno na dzień, jak i na noc, przez ponad pół roku. Natomiast, pomimo ogromnego wrażenia, jakie zrobiły na mnie efekty po używaniu go, nie wrócę do tego produktu. Uważam, że gliceryna nie jest warta ponad 300zł i po prostu… będę szukać dalej – czegoś, co da mi równie dobry efekt, a będzie tańsze. Teraz przynajmniej mam do czego porównywać :). Jeśli kilka kolejnych prób przyniesie fiasko – wtedy rozważę ponowny zakup kremu od Bobbi Brown. Przypominam też, że jego recenzję znajdziecie tutaj >>klik<<.

Krem z ceramidami Bielenda

Czasem mam wrażenie, że każdy już pokazał ten krem na swoich social media. I w ogóle mnie to nie dziwi! Genialny krem, który świetnie nawilża i lekko napina skórę. Wbrew pozorom, nie ma jakiejś gęstej, ciężkiej konsystencji i szczerze mówiąc – wg mnie spokojnie można używać go także na dzień pod makijaż. Jeśli jeszcze nie próbowaliście tego kremu – warto! Ja swoje opakowanie już zużyłam i oczywiście – mam kolejne! W zestawie z kremem używałam także odpowiadających mu serum i toniku z tej samej serii. Bardzo udane trio!

Olejek do ust Moonish Natural

Ten produkt kupiłam z polecenia Maxineczki, bo akurat przechodziłam koło Kontigo i faktycznie był on dostępny. W poprzednich ulubieńcach (link tutaj >>klik<<) zachwycałam się nad maską na usta od Laneige. Myślę, że ten olejek spokojnie jej dorównuje! Doskonale nawilża i zmiękcza usta. Można używać go zarówno na noc, jak i dokładać w ciągu dnia – bo w przeciwieństwie do maski Laneige, ma o wiele bardziej praktyczny aplikator w postaci błyszczyka. Do tego – opcja arbuzowa – pachnie niczym gumy arbuzowe, które pamiętam z dzieciństwa :D.

Makijaż

Krem CC Erborian

W lecie raczej rzadko używam klasycznych podkładów. Jest mi po prostu za gorąco. Natomiast bywają dni, kiedy mam jakieś oficjalne spotkanie, czy po prostu – chcę wyrównać kolor cery, nie martwiąc się przy tym, że coś spłynie mi z twarzy. Ten produkt doskonale wpisuje się w ten opis! Z opakowania wyciskamy zielony krem, który rozprowadzany na twarzy, idealnie wtapia się w nią, zarówno kolorem jak i konsystencją, dzięki czemu ewentualne zaczerwienienia są niewidoczne (szczerze – robi dokładnie to, czego oczekiwałam od kremu z Cicapair). Jest bardzo lekki, dzięki czemu ewentualne przetarcia są na nim praktycznie niewidoczne. Produkt ma lekko matowe wykończenie, wygląda na skórze bardzo naturalnie. Jeśli chodzi o wszelkie tego typu kremy, które mają zmieniać kolor, wyrównywać kolor cery i wtapiać się w nią – ten sprawdził się u mnie najlepiej. Robi to, co ma robić!

Puder pod oczy My Secret

Zwykle wykonując makijaż codzienny, nie chce mi się sięgać po kilka różnych pudrów. Testuję jednak kolejne tego typu produkty pod oczy, czekając aż coś zrobi na mnie takie wrażenie, że wrzucę go do swojej codziennej kosmetyczki. Ze wszystkich pudrów, które sprawdziłam, ten od My Secret sprawdził się u mnie najlepiej. Nie wybiela strefy pod oczami, nie robi flashbacku, nie ma przesadnej ilości drobin. Daje jednak minimalne, dodatkowe krycie, subtelne rozświetlenie, nie wysusza skóry pod okiem i świetnie wygląda także na reszcie twarzy! I kosztuje niewiele ponad dyszkę. Polecanko!

Paleta do twarzy dr Irena Eris

Przez długi czas żałowałam, że nie udało mi się kupić paletki do twarzy Becca, powstałej we współpracy z Khloe i Maliką. Tych pań co prawda nie znam, ale ich palety były przepiękne. Wahałam się z zakupem, bo obydwie były bardzo ciepłe i potencjalne za ciemne do mojej karnacji, ale jak już się zdecydowałam – zostały wyprzedane. Tymczasem, nasza rodzima marka – dr Irena Eris – dostępna w perfumeriach Douglas, wydała (nie ma co ukrywać), bliźniaczy produkt. Opakowanie, design, wygląd i wykończenie jest co najmniej zainspirowane paletą Becca, czego ani trochę nie pochwalam. Jednak wnętrze i produkty – uważam, że są o wiele lepiej przemyślane kolorystycznie i genialne jakościowo! Mamy tu dwa bronzery – jeden neutralno – chłodny, drugi cieplejszy, róż w uniwersalnym kolorze naturalnego rumieńca oraz rozświetlacz – również o neutralnym tonie. Wszystkie są dosyć jasne, więc nie sprawdzą się do ciemnych karnacji. Ich pigmentacja i intensywność jest bardzo wyważona – nie ma opcji zrobić sobie nimi krzywdy, ale spokojnie można zbudować mocniejszy efekt. Produkty, dzięki swojej wypiekanej formule, wyglądają na twarzy bardzo naturalnie. Dodatkowo – opakowanie po prostu wygląda elegancko i cieszy oko. Uwielbiam zabierać tę paletkę ze sobą na wyjazdy. Kupiłam ją także mojej mamie i również jest z niej bardzo zadowolona. Mały protip ode mnie – regularnie jest ona na promocji w Douglas – wtedy, zamiast 200, kosztuje 130zł. Chyba nie muszę Wam mówić, że warto poczekać na zniżkę? 😀

Paleta do twarzy RMS beauty

Zdecydowanie przekonuję się do kremowych produktów do twarzy! Paletka RMS beauty to idealny produkt dla początkujacych. Po pierwsze, mamy tu wszystko – bronzer, dwa róże, których możemy używać też jako pomadki, rozświetlacz i balsam do ust. Dodatkowo ma lusterko. Wszystkie produkty bardzo łatwo się rozcierają (można aplikować je nawet palcami), pięknie wtapiają się w skórę i wyglądają bardzo naturalnie. Nie da się zrobić nimi krzywdy. Bardzo lubię sięgać po ten produkt!
Natomiast nie jest to ona bez wad. Po pierwsze, ma dosyć krótki okres przydatności. Po drugie – jest malusia, gramatura produktów jest minimalna (z drugiej strony – może dzięki temu uda się ją zużyć w tym czasie). A cena palety nie należy do niskich – musimy zapłacić za nią prawie 250zł (niestety, RMS beauty jest marką wykluczoną z Sephorowych promocji).

4 swatche od góry to paleta dr Irena Eris, 5 dolnych – paleta RMS Beauty.
Rozświetlacz Eveline

Przyznaję, że ten produkt jest u mnie dopiero 2 tygodnie, ale nie mogłam czekać na kolejnych ulubieńców, żeby Wam o nim powiedzieć! Jestem w ogromnym szoku, jak cudownie wygląda on na twarzy! Wydaje się, że produkt nie ma żadnej bazy kolorystycznej, ani drobinek. Dzięki temu, na skórze zostaje tylko czysty blask, w postaci cudownej, jakby mokrej tafli. To zdecydowanie jeden z najpiękniejszych rozświetlaczy, jakie znam!
PSSS co powiecie o jakimś rankingu?

Rozświetlacz Wibo x Stysio – Glow God

Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że się błyszczę… Uwaga – rozświetlacz od Wibo – Glow God, który powstał we współpracy ze Stysiem, daje efekt Edwarda! Ja nakładam go dużym, zbitym pędzlem kabuki na dekolt i ramiona. Przy obecnej pogodzie, w słońcu, daje to naprawdę przepiękny i bardzo intensywny efekt. Z tego, co wiem, kolekcja Stysia jest limitowana. Zatem, jeśli chcecie się trochę błyszczeć, a przy okazji nie macie ochoty na nakładanie na ciało klejących, płynnych rozświetlaczy, zostawiających plamy na ubraniach i szkoda Wam pieniędzy na Fenty Beauty, radzę zaopatrzyć się w to cudeńko!

Od góry: rozświetlacz Eveline nr 01, rozświetlacz Wibo Glow God.

Uff, dużo tego wyszło! Przyznam, że w przeciągu ostatniego miesiąca już znalazłam kolejnych kilka perełek, jednak poczekam z nimi do września / października, kiedy będę publikować post z ulubieńcami lata. Powoli zbieram też coraz więcej ulubieńców niekosmetycznych i taki artykuł również niebawem ujrzy światło dzienne. Koniecznie podzielcie się swoimi ostatnimi odkryciami kosmetycznymi w komentarzu! Jestem szalenie ciekawa, co sprawdziło się u Was najlepiej przez ostatnie miesiące? Pamiętajcie, żeby śledzić mnie na instagramie @badhairway i @badhairway.pl. Tutaj widzimy się już niedługo. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.