Dzień dobry! Przyznam szczerze, że chyba powoli wpadam w jesienną chandrę. Pogoda taka sobie, słońce prawie się nie pokazuje, wszystko jest takie meh… Jestem dziś w doskonałym nastroju do tego, żeby trochę pomarudzić 😀

Pewnie zauważyliście już, że mam słabość do kosmetyków. Myślę, że chętniej sięgam po marki selektywne, ponieważ mam takie poczucie, że kiedy mamy wydać na coś więcej, te zakupy są o wiele bardziej przemyślane. Niestety, nie oznacza to wcale, że zawsze są trafione. Dzisiaj opowiem Wam o kilku drogich kosmetykach, które internety wychwalają pod niebiosa, a mnie jako one nie porwały… Zapraszam do posta!

DR.Jart+ Cicapair Tiger Grass

Ten produkt lubię najmniej z całego dzisiejszego zestawienia. Kupiłam jego miniaturkę w Sephorze, gdzie w pełnej cenie kosztuje ona 59zł. Krem ma być idealny dla cer suchych, wrażliwych, które potrzebują wyrównania kolorytu. W słoiczku widzimy zielony kolor, który po roztarciu, dopasowuje się do odcienia skóry. Ja pracuję zdalnie. Nie potrzebuję na co dzień robić kompletnego makijażu. Często jednak uczestniczę w  wideokonferencjach, przez co chcę wyglądać dobrze, natomiast z tym kremem wyglądam jakbym była spocona. Kupiłam go z nadzieją, że zastąpi mi zarówno krem nawilżający, podkład, jak i puder (wiecie, jestem w domu, mogę się świecić trochę bardziej). Niestety, nie do końca tak to działa. Cicapair faktycznie delikatnie wyrównuje drobne nierówności kolorystyczne skóry. Bardzo delikatnie. To, co mi przeszkadza to fakt, że w żaden sposób się nie wchłania, na skórze wygląda wręcz tłusto. Nawet po przypudrowaniu, zostawia na twarzy dziwną powłokę. Ja czuję się w nim po prostu nieświeżo. Cieszę się, że kupiłam tylko miniaturkę, ponieważ może jakoś powoli ją zużyję. Wiem jednak, że nie będzie to żadna przyjemność.  

Mini paletki od Huda Beauty

Miałam okazję przetestować dwie mini paletki od Hudy – Mauve Obsessions oraz Nude Light. Kosztują one około 140zł. Obydwie mają piękne zestawienia kolorystyczne – bardzo użytkowe. Opakowania są śliczne, poręczne, do tego posiadają lusterka. Prawda jest jednak taka, że żadna z tych paletek po prostu mnie nie porwała. W przypadku Mauve Obsessions, dostajemy różowo – bordowo – brązowe zestawienie kolorystyczne, gdzie nieważne, których cieni użyjemy – makijaż zawsze wygląda brudno i zawsze wypada fioletowo. W przypadku Nude Light wszystko było po prostu poprawnie. Natomiast nie jest to nic, co wygrywa jakością, czy pigmentacją. W paletce Nude Light cienie są dość mocno sprasowane, wręcz twarde, przez co mają aż zbyt delikatny pigment. Typowy meh, którego ja zdecydowanie nie potrzebuję. Te kosmetyki wydałam dalej w świat.

Urban Decay – Eyeshadow primer potion

Czy jest tu ktoś, kto nie zna tej bazy pod cienie? Jest ona polecana od lat, zwłaszcza do naprawdę tłustych i problematycznych powiek, czyli dokładnie takich, jak moje. Nie widziałam chyba ani jednej negatywnej recenzji na temat tego produktu… Tymczasem, ja nie jestem jakoś zwalona z kolan jakością. Tak, baza działa, przytrzymuje cienie, ale szczerze – to nie jest trwały efekt. Po kilku godzinach cień zbiera mi się w załamaniu powieki – nie wygląda to ani świeżo, ani dobrze. Próbowałam pracować z nią różnymi technikami i raz było lepiej, raz gorzej. Nie nazwę tego produktu bublem, po prostu po recenzjach, które widziałam, spodziewałam się fajerwerków, a otrzymałam takie… MEH. Na szczęście, została mi już resztka tej bazy. Zużyję ją do końca i raczej więcej się nie zobaczymy 🙂 Koszt tego produktu to 112zł.

UWAGA: Jeśli znacie jakąś naprawdę dobrą bazę pod cienie – koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Too Faced – Born this way
super coverage concealer

Kolejny hit internetów, który nie ma chyba ani jednej negatywnej recenzji. Kosztuje około 140zł. Swego czasu został okrzyknięty lepszym, bo nawilżającym, zamiennikiem Tarte – Shape Tape. Co prawda Shape Tape mam dopiero od tygodnia i nie zdążyłam go jeszcze porządnie przetestować, ale korekora z Too Faced miałam dwa opakowania, w różnych wersjach kolorystycznych. U mnie ten korektor nie robi nic. Zanim zacznę, odsyłam Was do posta o najlepszych, kryjących, drogeryjnych korektorach pod oczy >>klik<<, gdzie możecie zobaczyć moje cienie w pełnej krasie. W tym poście wyjaśniam również, że nie trafiłam na korektor kryjący moje zasinienia w 100% i już przyzwyczaiłam się do tego, że zawsze są one jakoś widoczne. Natomiast nigdy w życiu nie nazwałabym produktu od Too Faced “super kryjącym”, przypisałabym mu co najwyżej krycie lekkie. Z początku kupiłam odcień Snow. Nie dość, że nie krył moich cieni pod oczami, miałam wrażenie, że jeszcze bardziej sprawia, że oko wygląda na “podbite”. Dawał efekt matu pod okiem i nic więcej. Dodatkowo osadzał się w porach, przez co nie wyglądał na twarzy najlepiej. Później stwierdziłam, że może to po prostu wybrałam zbyt jasny dla siebie odcień, który zamiast zasinienia zakrywać, podkreśla je. Zamówiłam kolor ciemniejszy. Nic się nie zmieniło. Widzę, że coś pod tym okiem mam, ale na pewno nic nie zostało tam w żadnym stopniu zakryte. Ten produkt to jedno z moich największych rozczarowań kosmetycznych ever, tym bardziej, że marka Too Faced należy do moich ulubionych. 

Zastanawiam się nad tym, czy te kosmetyki faktycznie są takie meh, czy ja po prostu miałam wobec nich wygórowane oczekiwania? Pamiętajmy, że to co sprawdzi się u jednej osoby, u drugiej może być kompletnym niewypałem, więc jeśli coś, o czym wspomniałam dzisiaj jest Waszym ulubieńcem – w ogóle mnie to nie zdziwi! Jestem jednak bardzo ciekawa, jakie kosmetyki, zwłaszcza te drogie, nie sprawdziły się u Was? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzu!

Oczywiście, zapraszam Was na instagram @badhairway oraz @badhairway.pl, gdzie dzielę się z Wami codziennością, głównie tą makijażową i podróżniczą. Dziękuję za przeczytanie dzisiejszego artykułu. Do zobaczenia już niedługo!

Ściskam,
Magda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.