Hej! Po prawie roku (!) nadszedł czas na danie kolejnej szansy firmie Glamshop. Przy okazji jubileuszowej promocji, pomimo, iż nie była ona jakaś spektakularna, złożyłam niemałe zamówienie. W moim koszyku znalazło się sporo nowości, jak i produkty, które w marce są dostępne już od dawna. Dzisiaj zapraszam Was na szybką recenzję części moich zakupów, w której znajdą się multipastele, pudry do konturowania i rozświetlacz. W kolejnych postach pojawią się produkty z kolekcji Mandala i cienie w kredce z kolekcji Esencja. Ciekawe? Zapraszam do artykułu!

Rozświetlacz Celebrytka

Pewnie niektórych Was zdziwi ten zakup, ale owszem – głównie ze względu na niską cenę (12zł) i ciekawość, do mojego koszyka trafił rozświetlacz w klasycznej formulacji, o nazwie Celebrytka, który w asortymencie sklepu jest dostępny od ponad 4 lat. Przyznam szczerze, że do tej pory miałam u siebie dwa rozświetlacze z Glamshopu – Rozświetlicę i Turbo Hajlajt – obydwa w formule turbo. Ta formuła kompletnie nie przypadła mi do gustu, nie potrafię aplikować tych produktów tak, żeby mieć na policzku cokolwiek poza drobinami brokatu. Celebrytka jest o wiele prostsza w obsłudze i o wiele bardziej wpisuje się w moje preferencje. Daje elegancki, błysk, który może nie będzie widoczny z kosmosu, ale określiłabym go jako „w punkt. Jest odrobinę mocniejszy od rozświetlaczy Becca. Przyznam, że mocno się sypie i ma bazę kolorystyczną, która sprawi, nie będzie to produkt idealny dla każdego. Dla mnie główną wadą tego produktu jest fakt, że w tej chwili nie ma żadnej możliwości dokupienia do niego kasetki w Glamshopie, więc muszę trzymać go w plastikowej osłonce. W każdym razie – po kilku dniach użytkowania, jestem z tego rozświetlacza bardzo zadowolona i naprawdę polecam Wam ten zakup!

Pudry do konturowania: Mleczna kawa & Prawdziwy Bronzer

Jeśli mam z czymś problem, zdecydowanie będą to bronzery. O wiele łatwiej jest mi zredukować choćby palety cieni, niż pozbyć się bronzera. Kiedy zobaczyłam, że w Glamshopie pojawiło się aż 6 nowych bronzerów, miałam ogromny problem, żeby wybrać z nich tylko dwa :D. Ostatecznie zdecydowałam się na Mleczną Kawę, która miała byc odpowiednikiem Hoola Lite z Benefit oraz Prawdziwy Bronzer, który liczyłam, że będzie uniwersalnym, neutralnym odcieniem.
Zacznijmy od tego, że te produkty się nie swatchują. Jeśli chcecie zobaczyć ich odcień na palcu, musicie się naprawdę bardzo napracować. Wynika to ze specyficznej formulacji produktu i jest po prostu jego cechą, o której uprzedzała Hania – właścicielka firmy. Zatem od kilku dni testuję te produkty na twarzy, nakładając pędzlem z naturalnym włosiem.

Obydwa te bronzery nakładają się bardzo subtelnie. Musicie trochę je podokładać, za to nie ma opcji, żeby zrobić sobie tymi produktami krzywdę, czy plamę. Prawdziwy bronzer w moim odczuciu może nie jest chłodny, nie ma szarych, czy fioletowych tonów, jednak raczej jest to puder do konturowania. Nie wygląda w żaden sposób brudno, to naprawdę dość uniwersalny kolor, który sprawdzi się różnym typom urody, natomiast nie ma co liczyć na to, że przybrązowimy nim twarz. Nie mam wielu takich odcieni bronzera, zatem ten na pewno zostanie ze mną.

Mleczna kawa w opakowniu wydaje się być jasnobrązowa, z lekko ciepło – żółtym tonem. Natomiast u mnie na twarzy ten produkt jest niewidoczny. Niezależnie od tego ile go nałożę, po prostu nie widzę go na twarzy. Nie należę do najbardziej opalonych osób, nie mam pojęcia gdzie ginie ten produkt. Nie wiem, jak bardzo bladym trzeba być, żeby dawał on jakiś efekt, w każdym razie, jeśli Wasza twarz nie ma odcienia kartki papieru – raczej odradzam ten zakup.

Puderniczka do wkładów 58mm

Jak sami widzicie, chyba przeczułam, że zostanie ze mną tylko jeden bronzer, bo zamówiłam tylko jedną puderniczkę. Glamshop jakiś czas temu przeszedł rebranding i większość ich produktów (oczywiście po wyprzedaniu), jest przepakowywana do różowych opakowań. Nowe kasetki na pudry mają już poprawione logo i kolorystykę. Są okrągłe, a w środku mieści się lusterko. Natomiast tak, jak przed rebrandingiem Glamshop nie umiał w jakość opakowań, tak nie umie nadal. Puderniczka, która do mnie przyszła jest porysowana, powykrzywiana. Po bokach widzę nieestetycznie wystające przezroczyste elementy plastiku. Sam kolor nie jest jednolity – wygląda, jakby ktoś go źle zamieszał w kotle. Plastik w odczuciu wydaje się mocno przeciętny i po prostu tani. Nie ma tu żadnego fajnego systemu otwierania. Do tego sama puderniczka jest dosyć gruba. Z jednej strony, fajnie, że jest możliwość dokupienia kasetki za stosunkowo niewielką cenę, z drugiej strony, mnie ten zakup w ogóle nie cieszy. Jeśli nowa puderniczka już jest zniszczona (porysowana), to strach pomyśleć co będzie po kilku miesiącach jej regularnego użytkowania.

Multipastele

Korzystając z resztki lata, zdecydowałam się także na kilka pojedynczych cieni z serii MULTIpastele. Charakteryzują się one wielobarwnym wykończeniem w jasnych, kolorowych odcieniach. Kolory, które kupiłam to:

Inny wymiar – zielono – żółty.
Przewiew – błękitny.
Kwasek pomarańczowy – pomarańczowo – różowo – zielonkawy.
Smoczy owoc – różowo – niebieski.
Kameleon – fioletowo – zielony.

Zacznijmy może od formulacji cieni, która różni się w zależności od koloru. Ponoć część z nich jest mocno sucha. Te, które mam ja, formulacją porównywalne są do metalicznych cieni z Glamshopu, poza cieniem Przewiew, który ma o wiele bardziej widoczną drobinę (spokojnie mógłby być turbopigmentem). Ja z tej formulacji jestem bardzo zadowolona. Warto jednak przejrzeć internet przed zakupem, żeby poznać formuły i faktyczne kolory, ponieważ na stronie nie jest to najlepiej opisane.

Jeśli zaś chodzi o użytkowanie cieni również jestem bardzo zadowolona. Najchętniej używam jasnych kolorów w wewnętrznym kąciku do delikatnych akcentów kolorystycznych. Uważam, że w tej formie te cienie sprawdzają się najlepiej. Nakładane na całą powiekę nie robią już tak spektakularnego wrażenia. Kolory wybijają się nierówno, z przewagą tego jaśniejszego, przez co może wydawać się, że na każdym oku macie inny makijaż. Do akcentów w kąciku – polecam bardzo!

Tym pozytywnym akcentem kończę pierwszą część moich Glamshopowych nowości. Koniecznie dajcie znać w komentarzu, czy zdecydowałyście się na zakupy w Glamshopie i na co polecacie zwrócić uwagę? Przyznam, że ja faktycznie trochę poszalałam. Mam jednak nadzieję, że w końcu uda mi się przełamać tę niefortunną pastę glamshopowych niewypałów, która rozpoczęła się jeszcze w ubiegłym roku.

Pamiętajcie, żeby śledzić mnie na instagramie @badhairway i @badhairway.pl. Już w przyszłym tygodniu zabiorę Was w kolejne piękne miejsce… Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.